Tekst Andrzeja Bartkowskiego do albumu „Bernard Ładysz – śpiewam sercem”



Jest maj 2013 roku. Skutkiem snutych wcześniej planów artystycznych otrzymuję informację od Pana Adama Buszko, że sam Mistrz Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz - Ładysz zjawi się w moim hotelu celem poznania się, a także obejrzenia sali koncertowej. Perspektywa pojawienia się Mistrza zmusza mnie do penetracji Internetu. Czytam i oglądam co się da, skrupulatnie oglądam zapisy filmowe na Youtube. Drążę plotki, anegdoty i słucham płyt. Moje ostatnie pasje Forum Humanum Mazurkas, a więc także organizacja  koncertów gwiazd sceny i estrady, daje mi okazję częstych rozmów nawet z bardzo znanymi artystami… ale Bernard Ładysz?!     
Bernard Ładysz – to nazwisko…!  przywołane w każdej rozmowie powoduje nagłą chwilę ciszy, wstrzymującą oddech rozmówców, przerywa normalny tok rozmowy. Taką małą chwileczkę, ale jednak wyczuwalną przez każdy wrażliwy umysł i będącą hołdem dla wielkiego artysty, szacunkiem dla najwyższej sztuki.

Trudno mi byłoby nazwać siebie melomanem, ale w teatrach operowych i muzycznych bywam dość często. W Teatrze Wielkim po raz pierwszy byłem w 1965 roku na może drugim, lub trzecim po premierze, przedstawieniu „Strasznego Dworu”. Miałem 20 lat i wtedy usłyszałem i zobaczyłem Bernarda Ładysza. Potem to nazwisko nie dawało mi o sobie zapomnieć. Słyszałem je przez moje dorosłe życie setki razy. Kiedy w latach 90-tych  organizowałem podróże operowe po Polsce dla prawdziwych melomanów z  Francji, Włoch, Niemiec, Szwajcarii  i USA, fenomen Bernarda Ładysza był przedmiotem  ich wewnętrznych dyskusji. Znali Go bardzo dobrze, a i my chwaliliśmy się Nim w wydawanych przez nas broszurach w wielu językach, które rozsiewaliśmy po świecie. Słyszałem je przez moje dorosłe życie setki razy.
I teraz nagle, ten wielki  BERNARD ŁADYSZ  ma pojawić się u mnie. No i wreszcie jest!  Z moją żoną Ireną mamy zaszczyt powitać Państwa Ładyszów w obszernym hallu hotelu. Witałem tu już Premiera Tuska, Jarosława Kaczyńskiego, wielu ministrów, a także szefów dyplomacji Polski i Francji, którzy lądowali przed hotelem rządowymi helikopterami, ale dopiero teraz, właśnie teraz opanowała mnie prawdziwa trema, choć staram się nadrabiać miną.

Teraz stoję przed wielkim Artystą, światowym basem, gwiazdą i talentem, synonimem perfekcji śpiewu. Stoję także przed człowiekiem, który przekroczył 90 lat -  a tacy ludzie stają się dla mnie nieomal świętymi, a jeszcze jeśli sędziwemu wiekowi towarzyszy światłość umysłu i pożądanie radości życia -  budzi to u mnie największy szacunek. Spotkania takie są dla mnie najcenniejszym darem losu.
Zaczynamy zwiedzanie wnętrza hotelu. Tu ważne informacje rozchodzą się po piętrach, piwnicach i zakątkach lotem błyskawicy. Widzę wszędzie nagle pojawiające się postacie pracowników, jakby przypadkowo znajdujących się na trasie zwiedzania. Mam zwyczaj podawanie ręki przy codziennym spotkaniu każdego pracownika. Czynię to także teraz, na co Pan Bernard Ładysz serwuje każdemu pracownikowi swoją i często nawiązuje rozmowę. Uścisk dłoni takiej indywidualności czyni wyczuwalną atmosferę wyjątkowego przeżycia, bo na trasie naszej  wędrówki robi się podejrzanie ciasno. W następnym tygodniu fakt ten jest oczywiście szeroko dyskutowany wśród załogi wszystkich działów hotelu. Ciekawym jest fakt, że nikt z tych młodych ludzi nie widział na scenie Bernarda Ładysza, ale wszyscy doskonale znają nazwisko. Siła sztuki.
Zwiedzamy wszystko – sale przygotowane na bankiety i konferencje, powierzchnie gastronomiczne, salę Zeus - przewidzianą na jesienny koncert, chociaż dziś podzieloną na osiem części, bo odbywają się właśnie mniejsze imprezy. Wreszcie wchodzimy do podziemia,  do jednego z kilku obszernych magazynów strojów, dekoracji i rekwizytów. Tu Państwo Ładyszowie odnajdują klimat dobrze sobie znany. Czego tu nie ma - jak w teatrze.       Zaczynają się wspomnienia i przymierzanie strojów. Próba śpiewu i… duch sztuki zaczyna być wyczuwalnym.  Maestro dotykając dekoracji i rekwizytów nagle przestał potrzebować swojej laski, co chwila przywołując różne sytuacje teatralne. Patrzyłem na jego twarz.  Pojaśniała. Wiedziałem gdzie dąży myśl.
Trudno było ominąć wystawę obrazów wystawionych w hallu Hotelu Mazurkas. To nasza permanentna galeria malarstwa, lub rzeźby znanych artystów, zmieniająca się dość często. Dziś jest tu kilkadziesiąt prac malarskich kilkunastu autorów. Temat „Scena życiem - życie sceną”, różne style i techniki. Szybko ujawniają się preferencje malarskie naszych Gości.  Zdecydowane uznanie klasycznego piękna. Naczelna historyczna i estetyczna powinność sztuki bez udziwnień i eksperymentów.
Wszystkie sale, łącznie z restauracją, tego dnia były w hotelu zajęte. Udajemy się więc na obiad do ostatniej, która nosi nazwę Walc. Nagle uświadamiam sobie ileż pięknych walców musiał śpiewać w swej karierze Ładysz. I tu nagle taki przypadek. Ta mała salka, która służy zawsze pomocniczo jako biuro konferencji, czy magazyn materiałów, teraz nareszcie doczekała się. Stała się najważniejsza. I stanął przede mną dylemat. Chciałoby się teraz nadać jej imię Mistrza, ale jest najmniejsza. Imieniem Mistrza nazwałbym salę największą, najbardziej reprezentacyjną, ale ta nazywa się… Zeus. Trochę się boję.
Ale nic – postanawiam, że umieszczę tu pamiątkową tabliczkę. W tej małej salce o nazwie Walc będzie zawsze unosił się piękny, tubalny, magiczny, pochodzący z jakiejś innej niż znane nam przestrzeni - głos Bernarda Ładysza!
    Bal, wielki bal
    Zabrał nas w ciemną dal
    W dal nas niósł lotem ćmy
    Byłeś Ty, jedynie Ty
    Był bal, wielki bal
    Milion świec, tysiąc par
Zjedliśmy wspólny obiad. Trwał kilka godzin, a minął jak chwilka. Obiad z artystami. Wielki Bernard Ładysz i żona pani Leokadia Rymkiewicz - Ładysz śpiewaczka, sopranistka – znana, znakomita artystka, urzekająca swoją całą postacią, elegancją, klasą. Z satysfakcją patrzę na takie panie.
Tematów mnóstwo. Z pewnością dominowała sfera doznań artystycznych, ale nie tylko. Goście otwierają się na nasze opowieści. Moje teoretyczne, internetowe przygotowanie nie przydaje się. Wkraczają dwustronne emocje, wspomnienia, refleksje. Mistrz okazuje się wspaniałym gawędziarzem z uroczym poczuciem humoru. Udziela nam znakomitej lekcji śpiewu – „… najpierw nabiera się powietrza -  o, tak - a potem się już śpiewa i już, cała sztuka ”.  Potem śpiewamy razem na cały głos „ten zegar stary gdyby świat...” i Mistrz mówi, że z moim głosem nie jest źle, a żona mimo wszystko nie pozwala mi w domu śpiewać.
Ten czas wspólnie spędzony dla mojej żony i dla mnie był ogromną przygodą.                    

My ludzie „nie z branży” oraz legenda z opery, mistrz, postać jak z bajki, z libretta opery, z głębi krainy sztuki, a jednocześnie ujmujący, sympatyczny pan skłonny do żartów, podejmujący każdy temat. Czujemy się szczęśliwi, że mogliśmy spędzić taki piękny dla nas czas.

Andrzej Bartkowski

 

 

code