Od kilku dni mam wielką potrzebę napisania do Ciebie listu.

Zawsze kiedy na Ciebie patrzę lub oglądam Cię na Skype przypomina mi się, jak ja byłem kiedyś mały i też miałem dziadka.




Wnuczku mój, kochany Matanie!

Od kilku dni mam wielką potrzebę napisania do Ciebie listu. Zawsze kiedy na Ciebie patrzę lub oglądam Cię na Skype przypomina mi się jak ja byłem kiedyś mały i też miałem dziadka. Mój dziadek miał na imię Wincenty.

Miał długie wąsy, które ciągle podkręcał do góry, chodził zawsze w garniturze, kamizelce i krawacie a na głowie nosił duży pilśniowy kapelusz.

Dziadek mój umarł jak ja miałem siedem lat, więc byłem wtedy o dwa lata młodszy niż Ty teraz, ale bardzo dobrze pamiętam prawie każdą chwilę z nim spędzoną. Teraz zdaję sobie sprawę co siedmioletni mały człowiek może zapamiętać. Otóż, pamiętam wiele sytuacji i nawet dokładne treści rozmów, zabawy z dziadkiem, „migania” się do łóżka dziadka, ba – bardzo nieprzychylne dziadka komentarze wiadomości politycznych płynących z beżowego „kołchoźnika”, którego dziadek uważnie słuchał, tuląc mnie przy sobie i uspokajając mnie, żebym, broń Boże, nie reagował zbyt nerwowo. Oczywiście nie reagowałem bo nic nie rozumiałem z poetyki lat 1950-52. i może dobrze, bo wszelka racjonalna reakcja w tym czasie z pewnością miałaby tragiczny finał i to chyba nawet dla dziecka.  Dziadek mój jednak, nie mógł pohamować emocji i z impetem walił często w „kołchoźnik” butem z cholewą, który ja mu przed chwilą za pomocą tzw. pieska z wielkim trudem zdejmowałem. Jednak, jak sięgam pamięcią i znając zdarzenia z opowiadań bliskich, świadomość siedmiolatka może być zaskakująca. Zdając sobie sprawę, że już jesteś bardziej dorosły niż ja wtedy, Matanku, ośmielam się raz jeszcze wspomnieć o śmierci mojego dziadka. Każdy, niestety, musi kiedyś odejść. Tobie nie trzeba tego tłumaczyć bo w tak młodym wieku straciłeś Twojego Tatę, który bardzo Was kochał i wiem, że bardzo Go Wam brakuje. Z pewnymi wyrokami opatrzności musimy się pogodzić. Pamiętam jednak, że ja wtedy, mimo doskonale zapamiętanej ceremonii pogrzebowej, na której zachowywałem się racjonalnie i ze zrozumieniem to jednak śmierci Dziadka jako dziecko nie przyjąłem do wiadomości. Trudno w to uwierzyć, ale doskonale pamiętam a i do dziś są tego świadkowie, że nagle kilka dni po pogrzebie mojego Dziadka zniknąłem ze wzorku mojej Mamy. Moja Mama a Twoja prababcia Zosia, zaangażowała niemałe siły w miasteczku w poszukiwanie zaginionego, siedmioletniego Andrzejka, Twojego przyszłego Dziadka. W końcu po długich poszukiwaniach znaleziono mnie... na cmentarzu. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda – przyniosłem Dziadkowi… kluski z serem i skwarkami. Takie kluski, „babcine” często jedliśmy razem z Dziadkiem a Dziadek zawsze o nie prosił. Postawiłem, czekałem, kilka godzin, aż… zjawiła się Mama i jak to Mama... wszystko potrafi załatwić.

Mam nadzieję, że niektóre nasze wspólnie spędzone chwile też zapiszesz w swojej pamięci chociaż tych wspólnych chwil dla mnie jest za mało bo Ty mieszkasz w Jerozolimie a ja w Warszawie i nie widujemy się zbyt często.

Wracam jednak do wspomnień.

Mój dziadek był wtedy na emeryturze, to znaczy, że już nie pracował i miał czas, żeby chodzić ze mną na spacery, na których dużo rozmawialiśmy. Dziadek opowiadał mi bardzo dużo różnych historii

które jak się później okazało w większości zmyślał. Ja byłem wtedy za mały, żeby się zorientować, że były to opowiadania zmyślone ale mnie one bawiły i uwielbiałem z dziadkiem spacerować. Lubiłem też jak spotykaliśmy dziadka znajomych. Wtedy mnie im przedstawiał i nazywał mnie „Andrzejewski”. Potem przez piętnaście minut mówił im o mnie z zachwytem, chcąc im mną właśnie zaimponować. Och, jaki to ten mój wnuczek jest zdolny i mądry! Oczywiście, przechwalał się, jak to każdy dziadek. Zobaczysz, że Ty, Matanku, też tak będziesz kiedyś robił. Mieszkaliśmy wtedy w małym miasteczku - Izbica Kujawska. Wszyscy mnie tam dobrze znali właśnie dzięki mojemu dziadkowi, który każdą spotkaną osobę chciał zafascynować swoim ukochanym wnuczkiem. Dziś wiem, że Ty Matanku mój kochany, też jesteś teraz dla mnie tym samym. Chciałbym Cię przedstawić całemu dostępnemu mi światu i powiedzieć – patrzcie, to Matan, mój wnuk. To jest ktoś.

A zobaczycie jeszcze co on potrafi.

I wierzę, że potrafisz. Masz dziewięć lat. Czasem nawet irytują mnie Twoje zainteresowania dość dla mnie wątpliwymi programami komputerowymi, w moim dziadkowskim rozumieniu, pustymi. Aż tu nagle w dniu otrzymania pierwszej kamery filmowej i sprzętu akustycznego, z moją całą świadomością, że jest to, hen, na wyrost - nie po raz pierwszy zresztą zaskoczyłeś mnie. Przedstawiasz mi nagle kompletny scenariusz realizacji filmowej, która zrodziła się w Twoim dziecięcym przecież umyśle. Powstała raptem w ciągu godziny, z wizjami zbliżeń, zaciemnień, rozjaśnień, animacji, efektów audio i video, światła, użycia plansz, statystów, mocy kreacji komputerowej wymienianych przez Ciebie. Zaniemówiłem. Brawo. Tak było. Są świadkowie. Twoja nieprzerwana, kilkunastominutowa prezentacja scenariusza, wypowiedź pełna entuzjazmu i absolutnie zaskakującej kreatywności zrobiła na mnie wrażenie. Nawet, o dziwo, Twoje, nie da się ukryć, spore ograniczenia wynikające ze słabej znajomości języka polskiego, nie ograniczyły efektu Twojej ekspresji i woli twórczej. Zaimponowałeś mi ale teraz się z tego wywiązuj.

Masz sprzęt i trenuj. Ja wierzę, że świat o Tobie usłyszy. Staraj się by Dziadek mógł gdzieś tam w niebie, w przyszłości, o Tobie mówić z dumą.

Moja mama a Twoja prababcia Zosia miała w tym miasteczku sklep z artykułami spożywczymi – wtedy mówiło się, że to są „artykuły kolonialne”, ale może Twoja Mama wyjaśni Ci dlaczego tak się to nazywało... A może i sama nie wie, bo ten czas tak szybko leci. Mój Dziadek, trochę dla przyjemności a trochę by podratować rodzinny budżet, bo było to kilka lat po strasznej wojnie, hodował na naszym podwórzu…. świnię. Tak, prawdziwą i dużą świnię. Pamiętam, jak przyniósł kiedyś nam do łóżka dwa urodzone przez nią prosiaczki – jeden różowiutki a drugi w czarne łatki. Och, co to się działo, kiedyś Ci o tym opowiem. Któregoś dnia nasza świnia miała ochotę na świńską poważną rozmowę w świńskim towarzystwie a ponadto dała dziadkowi do zrozumienia żeby to było towarzystwo, świńskie oczywiście, ale wyłącznie… męskie. Najbliższy świński mężczyzna zamieszkiwał …chlew /z pewnością tego słowa nie znasz /, który znajdował się prawie dwa kilometry od naszego domu. Taki świński mężczyzna po polsku nazywa się… knur. Jest to słowo, które jest używane w polskim języku sporadycznie a znaczeniowo kojarzone raczej w obszarach pejoratywnych, choć trudno wyjaśnić dlaczego. Ja sam, kiedy chcę to słowo powiedzieć mam wrażenie, że zaraz powiem coś co chyba można zastąpić jakim synonimem lepiej brzmiącym. No dobrze, ale ja tu o brzmieniu słowa knur, a Ty Matanku, pewnie jesteś ciekaw co z tą… świnią. Otóż, mój Dziadek przystał na propozycję świni. Pomyślał sobie – ach… ze świnią lepiej nie zadzierać, ale też można iść na kompromis. I… mówi do świni – świnio! Oj nie!... tak by mój Dziadek do nikogo, a nawet do świni, nie powiedział. Powiedział prawdopodobnie… “kochana”… jak zwykł był się zwracać do zaprzyjaźnionych kobiet na naszych spacerach po Izbicy kiedy trzeba było już się rozstawać. „No to kochana,… my sobie tu gadu-gadu, a czas leci” – mówił.

No i teraz w te słowa do świni …”dobrze kochana,... zaprowadzę cię do… och, pardon, knura, ale Ty… zagrasz mi tu rolę… rumaka, i na swoim grzbiecie będziesz wiozła mojego wnuka ”Andrzejewskiego”.

Świnia skinęła głową. Skiniecie głową w dól niby znaczy… tak, zgoda. Za dużo świń to wy, w Izraelu, biedacy, niestety… nie macie. Z pewnością też z tego faktu wynikają pewne korzyści, choć plasowałbym je w sferze… pewnej ułudy. Muszę Ci więc wyjaśnić, że poprzez szczególną budowę anatomiczną wszelkie skinienia głowy u świń są ograniczone i jeśli już mają miejsce, należy je postrzegać jako wyraz pewnego poświęcenia a nawet szacunku dla interlokutora. Albo odwrotnie! Kto się tak do końca porozumiał ze świnią?

Wyczuwając jednak konsensus, mój dziadek natychmiast zamówił u rymarza uprząż „na miarę” i pewien świński rodzaj siodła a nawet świńskie strzemiona. Zamówił też, a jakże…wodze. Wodze, właśnie te wodze, w imaginacji sześciolatka cóż mogły znaczyć? Dziś nawet nie śmiem pomyśleć, że mogłyby ujarzmić świnię. Ujarzmić świnię!?

Ale jednak wodze! Wodze! Ich idea, a nawet sięgnąłbym do terminu - nimb, od czasu, kiedy dorosłem i w postępie mojej dorosłości intelektualnej, rosnącej z wiekiem, żądzy nowych lektur i świadomości, o zgrozo, teraz dopiero, w starym człowieku, ta idea dojrzewa.   Wodze, z błahego rekwizytu, ot - jedwabnej tasiemki, w pierwszym akcie, mogą zagrać taką rolę w akcie trzecim, przy której Arturo Ui to zaledwie Kubuś Puchatek. Ale trochę się zapędziłem. Co ja Ci tu, Matanie, o Arturo Ui a zamierzałem Ci mówić o…. wodzach. Otóż, czasem sobie o nich rozważam, .. bo pamiętam, że wtedy mój dziadek usiłując mi wyjaśnić rolę... ”wodzy” też się zamyślił!



Tak sobie kombinuję, czy właśnie ta, nie do końca wyjaśniona sprawa wieloznaczności „wodzy” nie była zalążkiem właśnie wtedy kształtującego się charakteru Twojego dziadka.

No dobrze. Wracamy znów do świni. Andrzejewskiego hop na siodło, wodze w dłoń i hajda przez sam środek miasta. Czułem wtedy i ceniłem sobie zaufanie Dziadka, że podołam, i wstydu rodzinie nie przyniosę. Jednak na wszelki wypadek dziadek przywiązał do tylnej nogi świni sznurek, którego koniec dzierżył mocno w swojej dłoni na wypadek gdyby niesubordynacja świni brała górę nad nawigacyjnym talentem wnuka. Dumnie przejechałem wtedy na naszej świni samo, że tak powiem… centrum Izbicy, przy gęstniejących szpalerach publiczności z obu stron ulicy Żwirki i Wigury.

Następnie przebrnąłem przez, niestety, nieco mniej liczne przedmieścia ale i całe szczęście, bo i świnia dała odczuć jakby spadek formy. Położyła się tak jakoś pochyło, jakby na…. boczku… i rozmyślała. Z pewnością tematem jej rozmyślań był podziw nad inwencją gatunku ludzkiego w organizacji, jak to dzisiaj powiedzielibyśmy… eventu, choć w dość kaprawym spojrzeniu świni, powodowanym nie tylko nadużytą przez nas kondycją, dało się zauważyć pewną dezaprobatę w sprawie… nierównego traktowania.

Już tylko… sto metrów dzieliło świnię i nas od wspólnego celu - spotkania z… knurem, w gospodarstwie pana Brzezińskiego.

A ja, Matanku, od tamtej pory to w Izbicy jestem “gość”. Jeszcze w zeszłym roku, kiedy odwiedziłem Izbicę, sześćdziesiąt cztery lata od tamtej galopady spotkałem całkiem młodego mieszkańca miasteczka który po kilku moich przypomnieniach dawnych izbickich czasów mówi mi – czekaj no pan, czekaj!. To przecież o panu moja mama opowiadała, że był tu kiedyś taki mały Andrzejek, który na świni Izbicę przejechał!

Powiem Ci Matanie, że do tego pana Brzezińskiego, znanego w okolicy gospodarza, czasem odbywaliśmy dłuższe spacery także bez świni – a mianowicie - na twaróg albo „mleko od krowy”. Po tym „mleku od krowy”, jeszcze cieplutkim i tak smacznym, że tylko bajki mogą określić podobny smak, zajadaliśmy pajdy takiego wielkiego, brązowego chleba, pieczonego raz na tydzień, ale zawsze świeżego, z pachnącym nie wiadomo czym masłem przechowywanym w formie tzw osełek w liściach chrzanowych. To masło, tak miękko rozsmarowywało się na leciutko uginającym się chlebie. Jeszcze szczypta soli… gryz i łyczek tego najświeższego na świecie mleka. Och!

Wspomniałem Ci, Matanku, o rymarzu, który zrobił‚ specjalną… uprząż, żebym mógł się utrzymać na świni. Tobie, Matanku, który żyjesz w Jerozolimie, jeszcze długo język polski będzie zadawał zagadki. Otóż, rymarz, jak już wiesz, to rzemieślnik robiący uprząż i siodła. A więc rymarz to nie ten pan, który tworzy rymy Nie przejmuj się, że nie wiesz. Taki pan, który tworzy rymy nazywa się poeta. Ale nie popadaj w kompleksy Matanku. Wielu ludzi u nas w Polsce też już nie wie co to znaczy… poeta.

Otóż ten rymarz, był naszym sąsiadem - właśnie pan Budny. Był on dziadkiem mojego kolegi Mariana i mojej znakomitej koleżanki z klasy Niny. Z Niną, tu mała dygresja, jako dzieciaki, czasem bawiliśmy się w doktora i dzięki koniecznym, w takim przypadku, konsultacjom i konsyliom mogliśmy nieco wnikliwiej poznać siebie. Ja osobiście poczytuję sobie ten fakt jako bardzo szczęśliwe zrządzenie losu. Nina, z pełną legitymacją obiektywizmu, wyrosła nieco później na obiekt pożądań licealistów, siedziała w pierwszej ławce, swobodnie do niej miało odwagę się zwracać tylko dwadzieścia procent siły męskiej w klasie. W tym, ja. Fakt ten może świadczyć o moim pierwszym, prawdziwym sukcesie życiowym.

Ale to było w liceum a ja na razie jestem, no… powiedzmy w pierwszej klasie. Och, chciałoby się na całe życie tę…”pierwszą klasę” utrzymać.

A więc rymarz, Pan Budny, miał wąsy. Co tam wąsy. To nie były wąsy. To były, wielkie, krzaczaste wąsiska, które sterczały mu na boki a końcówki ich wierzchały ku górze ale też miały…jakieś iskry, naprawdę, błyski jakieś, tajemnicze. Te mgnienia, mrugi, grymasy, te takie przenikania włosków czarnych, których mnóstwo, z siwymi, których, no niby nie za dużo, nawet jakaś taka bieda, ale, która… krzyczy... my, my… teraz my! Zwyciężymy czarne! Byłem wtedy dzieckiem, w pierwszej dziesiątce moich lat. Siwizna? Cóż to był za temat ? Ale cóż? Jednak pamiętam. Te widziane wtedy przeze mnie pojawiające się, zresztą nielicznie w czarnych wąsach pana Budnego siwe i białe włoski przykuwały moją uwagę i… dawały chyba pierwszy sygnał przemijania.

Minęły dziesiątki lat.

Młodzieży, wysyłam sygnał.

Rób coś, żeby zdążyć.

Oj, przepraszam Matanku, znowu zacząłem gadać… właściwie z sobą a w nadziei, że usłyszy młodzież. Tak już jest u dziadków.

Ale, ale, mówiliśmy o wąsach pana Budnego. Dziennikarz, który chciałby zrobić wywiad z panem Budnym musiałby ominąć te wąsy, bo one go zasłaniały, i dojść z mikrofonem do bohatera ale jak to? …. przecież wąsy należą do pana Budnego, one chyba są zdolne powiedzieć więcej niż sam pan Budny. Pamiętam, a minęło sześćdziesiąt kilka lat jak ten.. ich błysk, ten nieład uczesania tych wąsisk, te osobne włoski, w których mimo sędziwego wieku pana Budnego dominował kolor czarny a bezczelne i ignorujące pchanie się

na plan pierwszy siwych i rudawych od papierochów w mojej pamięci pozostawiał pewien hierarchiczny i estetyczny zgrzyt. Tam siedziała jakaś jednocześnie radość i załamanie, witalność ale i zmęczenie, które jednak zaraz mijało i było zapowiedzią jakiejś przygody, niespodzianki. Ja, oglądając te pana Budnego wąsiska zawsze widziałem w nich coś, z czego może się narodzić, ja wiem, jakiś… event. One same, w powiększeniu na wielkim ekranie i tylko nieznacznie ruszające się mogłyby zakasować wiele scenografii super eventów, ale finał tych imprez pozostawałby tajemnicą do ostatniej sekundy nawet dla ich organizatorów. I w tej ostatniej sekundzie to, niech zgadnę, Pan Budny szepnąłby, do najważniejszego mikrofonu że szelma z niego to była no i kobiety w jego życiu…

Ale Matanku, przepraszam, znów straciłem wątek.

Ja zawsze tych wielkich wąsisk trochę się bałem chociaż z panem Budnym byłem zaprzyjaźniony. Czasem wołał mnie do siebie a ja przyglądałem się jak on ręcznie z wielkim wysiłkiem przekłuwa twarde kawałki skóry wielkimi i małymi igłami. Przeciąga i wyciąga z tych nagle powstałych w skórze otworów, rzemienie, szpagaty, nici. Spogląda oddalając i przybliżając skórzane tworzywo, dając i mi popatrzeć, ale dając mi krogulczym wzrokiem, bym nie daj Boże okazał najmniejszy znak dezaprobaty. Zresztą nie byłoby o co bo szycia układały się w coraz nowe, geometryczne i wegetatywne wzory, mogące rodzić tylko zachwyt.

Aż trudno uwierzyć, bo rodziły się w wielkim trudzie fizycznym, w dbałości o precyzję i każdy szczegół ale też i przy ignorancji dla upływu czasu. Ornamenty spuchniętych i wątłych sznurków rzemiennych, nici, podkładek, wetkniętych tu i ówdzie puszków, a jakże ze skóry, dziur igielnych mniejszych i średnich, półśrednich i malutkich, takich, że niezauważalnych aż poplątań szpagatów i rzemieni, które jednak miały znaczący udział w kreacji… dzieła, które w całości, pan Budny po wielu, wielu dniach a nawet tygodniach rymarskiej twórczości, prezentował z dumą, komu?... ..

no komu?... jako pierwszemu? No jasne, mnie, temu Andrzejkowi, siedmiolatkowi. I dzisiaj jestem przekonany, że miał rację, bo chyba nikt jak ja tej sztuki tak mocno nie docenił a może nawet jej nie dostrzegł. A przynajmniej jestem prawie pewien, że jestem jedyny na świecie, którego ta sztuka pana Budnego po sześćdziesięciu kilku latach ciągle czaruje. Jak widać impresja ma swą moc i zdolność długiego trwania. Z perspektywy tych moich dziecięcych obserwacji

ówczesne słowo „puszorek” dla tych rymarskich dzieł wydaje mi się deprecjonujące tę twórczość. Później poznałem słowo uprząż do dziś kojarzące mi się z arystokratycznym upodobaniem jazdy konnej jako wyrafinowaną przyjemnością i obowiązkiem towarzyskim wyższych sfer. Dla mnie „puszorek” jest terminem, który pielęgnuję w sobie jako pierwsze chyba spotkanie ze sztuką, z dziełem powstałym za sprawą czyjegoś pomysłu, talentu i trudu. Ba, do dziś czuję jeszcze zapach tego dzieła.

Ale, czy ja Ci Matanie, o tym ”puszorku”, czy nawet chyba zbyt trudnej dla Ciebie do wymówienia „uprzęży”, za dużo nie mówię. Bałagan był zawsze straszny u pana Budnego. Góry skór nowych i starych, czyli różnych części tych właśnie puszorków. Smary, farby, pomady, wielkie i długie igły do szycia skór, stare siodła a wszystko w okropnym nieładzie, nad którym czasem się pochylał‚ długo myślał‚ a potem wkładał‚ głęboko rękę w jakieś miejsce tej masy skórzanych rupieci. Schylony, grzebał, grzebał w środku długo nie wyjmując ręki i błyskał białkami oczu, szczerzył tytoniowy uśmiech i zmuszał, jak prestitigitator, do maksymalnej by zwielokrotnić efekt swojej sztuczki. Kiedy w końcu ją wyjął‚ to trzymał‚ w niej właśnie, ten kawałek tej góry rupieci, który był mu właśnie potrzebny. Spoglądał wtedy na mnie, rozciągał‚ w uśmiechu wąsiska i wydobywał mu się z tych wąsisk taki chichot dumy. No, jak to inaczej określić, tak, chyba dumy.

Ten chichot brzmi mi w uszach do dzisiaj. Był ten chichot inspirujący i uniwersalny…. świszczący, zarazem chrapliwy, czasem przechodził w głos, jakby falset który nieprzepisowo wychodzi z płuc, które przepalone papierosami mają prawo artykułować tylko chropawe, chrapliwe i nieczyste świsty i chrząki.  Uśmiechałem się razem z nim ale zawsze w tym miejscu towarzyszył mi strach i jakieś poczucie winy. Odczytywałem jego myśl – no, popatrzcie ile można zrobić, ale ja już jestem stary, ale wy, młodzi, kształceni - ileż wy możecie z tego świata wycisnąć. Wydawało mi się że ten świst jest zapowiedzią jakiegoś diabelskiego misterium, które trwało‚ przerywane dość spektakularnym łapaniem powietrza bo połączonym z machaniem rękami w celu wskazania, że mu właśnie tego powietrza brakuje. Rodziło się wtedy u mnie poczucie winy, Że mu nie mogę pomóc. Że ten szatański śmiecho-świst przechodził‚ zawsze w ciężki menelowy kaszel, z którego zdawałoby się pan Budny już się nie wydobędzie …ale po minucie jego trwania zaczynał sprawiać on już panu Budnemu ….. pewnego rodzaju przyjemność. Chrząkał‚ jeszcze parę razy i znów rozciągając wąsiska wyjmował‚ z kieszeni najpierw złotówkę, później jeszcze dwadzieścia groszy i mówił mi - masz tu Andrzejewski „ piniędze”, idź i kup mi trzy „Sporty” Gwoli informacji te „Sporty” to były najpodlejsze z pośród wszystkich podłych gatunków papierosów wczesnego PRL-u. sprzedawano je w takich pomiętych zawsze powykrzywianych i zdeformowanych paczkach po 20 sztuk, były w też w „dziesiątkach” a sprzedawano je także na sztuki. Dumnie reklamowały SPORT takim bardzo wyblakłym różowo-brązowym napisem na tandetnych paczkach nabywanych przez miliony palaczy. Te „Sporty” stały się później jednym ze znaczących symboli PRL-u.

Najgorzej jednak było kiedy moja mama, czasem niestety, ale pooddawała całą tę naszą z panem Budnym komitywę dość dla mnie upokarzającej próbie. Byłem podobno dzieckiem jak to kiedyś się mówiło gardym czyli nie chciałem jeść. Kiedy mama, bez szans sukcesu wykorzystywała cały swój arsenał argumentów łącznie za straszeniem mnie tzw suchotami i obietnicą, że zobaczysz, żadna panna cię nie będzie chciała jak będziesz taki chudy, to ostatnim mamy orężem był‚ pan Budny. Tu należy wspomnieć, że do całego dotychczas wspomnianego kolorytu pana Budnego należała jeszcze proteza prawej nogi która była wprawdzie przedwojenna, solidna ale najpewniej wymagała generalnego remontu bo skrzypiała niemiłosiernie a na dodatek przy odpowiednim zginaniu dawała odgłosy jakby dużego zmęczenia materiału po czym następowały straszliwe trzaski kojarzące mi się z kruszeniem starych kości. Ciekawe, bo miałem skromne doświadczenie w tej dziedzinie ale wyobraźnia moja szła wtedy w tę właśnie stronę. Pan Budny, tak przebiegle przez mamę wynajęty, zostawiał swój warsztat, przychodził‚ do nas, siadał‚ przy stole i zupełnie zapominając o naszej sztamie, jako najemnik, zaczynał‚ z wyczuciem zginać protezę by wydobyć z niej pełnię walorów dźwiękowych i brzmień powodujących u mnie trudne do opisania stany ducha mające też, ku oczekiwaniom mamy, wpływ na zaostrzenie apetytu. Zmiatałem wtedy przy akompaniamencie protezy nie tylko rosołki ale też znienawidzone kaszki i krupniki. Dorzucę jeszcze, że pan Budny odrywając się nagle od swojego warsztatu wnosił‚ w atmosferę domowego obiadu pewien aromat proweniencji skórzano-puszorkowej z elementami niestety nieusuwalnego, starego końskiego potu co tworzyło jakby to określić… miazmat, choć nikt wtedy w Izbicy prawdopodobnie nie miał pojęcia o znaczeniu tego słowa.

Ja, który czułem bliskość, sympatię a nawet pewną przyjaźń w naszych indywidualnych relacjach z panem Budnym doznałem niestety bardzo dużego zawodu. Pan Budny nagle okazał się nielojalny wobec mnie. Wiem, że działał w słusznej sprawie, by Twój przyszły dziadek zjadł jak należy i miał na tyle zdrowia by mógł służyć choćby przyszłym wnukom. Wtedy mnie jednak, z tą swoją protezą, zawiódł.

Ja dobrze wiem, Matanku kochany, że teraz nie w pełni wyczuwasz sedno tego listu. Ja, zresztą z premedytacją komplikuję jego treść i stosuję dygresje. Teraz jesteś oczywiście za młody i jeszcze przez życie nieprzygotowany by wszystko zrozumieć i mi odpowiedzieć, bo musisz wiedzieć, że jest taki piękny zwyczaj, że na każdy list należy obowiązkowo odpowiedzieć. Na razie zwalniam Cię z tego obowiązku ale myślę, że już jest pora, żebyś o tym wiedział i był przekonany, że nie jest to tylko obowiązek ale też wielka przyjemność z kimś korespondować. Wybacz że Cię angażuję w tematy, które Ciebie teraz nie dotykają. Ale przyjdzie czas, że się nimi zainteresujesz.

Będę do Ciebie pisał bo w Tobie pokładam wielkie nadzieje. Teraz Twoja Mama a moja kochana córka, mam nadzieję, przetłumaczy Ci chociaż fragment mojego listu ale myślę, że Ty sam zrozumiesz potrzebę dobrej znajomości polskiego języka i już niedługo potrafisz każdą sylabę tego mojego listu zrozumieć. Byłoby to spełnienie mojego marzenia. Dla ciebie jako syna Polki i wnuka polskich dziadków język polski jest sprawą honoru, ambicji, interesu a ponad wszystko serca i duszy. Serce i dusza – to ważne w życiu słowa. Ale jesteś też synem Żyda i wnukiem dziadków narodowości żydowskiej. Twoje więc serce i dusza muszą mieć po równo miejsca dla miłości i szacunku dla tych dwóch kultur. Staraj się z tego faktu wyciągnąć możliwie najwięcej korzyści nie zaniedbując żadnego obowiązku moralnego i z tego faktu być dumnym.

Gdybyś chciał o tym czy innych sprawach ze mną porozmawiać – jestem gotów poświęcić na taką rozmowę każdy mój czas.

Matanku, przyjacielu mój kochany, wnuku najdroższy. Jestem daleko od Ciebie ale wiedz, że myślę o Tobie codziennie. Jesteś dla mnie kochanym, kochanym człowiekiem i marzę o tym, żebyśmy mogli w przyszłości być bliżej siebie. Chciałbym móc z Tobą rozmawiać po polsku bo ja już niestety hebrajskiego się nie nauczę. Ale znaleźć między sobą wspólny język to Coś co nie jest jednoznaczne z perfekcją językową. Myślę, że my już znaleźliśmy nasz wspólny język. Teraz musimy tylko trochę poćwiczyć.

Kocham Cię mój wspaniały Matanie.

Dziadek Andrzej

 

 

code