b9aaa

80

Dziewięć miesięcy przed moim urodzeniem, jak tradycja nakazuje, moi rodzice musieli  się do siebie przytulić i powiedzieć, że bardzo się kochają. Było  to w Warszawie w pierwszych dniach sierpnia 1944 a więc zaraz po wybuchu Powstania Warszawskiego. Mój przyjaciel Andrzej Hulewicz tłumaczy tym fakt, ze jestem wybuchowy. Dziewięć miesięcy upłynęło i dnia  2-go maja 1945 cały różowiutki przychodzę na świat, który jest wtedy niestety szary i  już nie w Warszawie ale w Izbicy Kujawskiej. W międzyczasie  mój Ojciec wywieziony z Warszawy  w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego zaginął i nigdy nie został odnaleziony a Mama w kwietniu 1945 roku z moją dziewięcioletnią siostrą Lilą   wyjechała z prawie pustej Warszawy i pojechała do dziadków. A ja w brzuchu Mamy pojechałem na ruskiej ciężarówce urodzić się w Izbicy Kujawskiej. Niewiele z tej podróży pamiętam ale Mama opowiadała, że Ruscy byli bardzo uprzejmi i opiekuńczy. W końcu, przyjaciele. Analiza ciąży mojej Mamy wskazywała na rozwiązanie w dniu 1-ym maja. Jednak wielkie poczucie socjalistycznej odpowiedzialności jakie się wtedy spontanicznie rodziło w społeczeństwie mimo trwającego pod Berlinem frontu kazało Mamie uczestniczyć w pierwszym pochodzie i przez to przenosić ciążę o jeden dzień. Ujrzałem więc świat 2-go maja. Niby nie ma to większego dla świata znaczenia ale niestety dla mnie ma. Przez całe życie ciągle mi tego jednego dnia brakuje. W Izbicy Kujawskiej pozostałem do matury w 1962 roku a więc przez 17 lat bo poszedłem do szkoły jako sześciolatek i mimo to podobno dawałem sobie znakomicie radę z programem nauczania niewątpliwie kontrowersyjnym w tamtym czasie, i to, wychodząc na człowieka. Wprawdzie  z tym wychodzeniem na człowieka to jest na razie tylko moje zdanie. Z pobytu w Izbicy Kujawskiej  mam mnóstwo wspomnień. Najciekawsze to jechanie na świni kiedy miałem pięć lat. Dziadek mi sprawił uprząż na świnię, którą hodował sobie na emeryturze i przejechałem na niej przez całe miasto  z ulicy Żwirki i Wigury do Augustynowa do knura w gospodarstwie pana Brzezińskiego. /Google – „Wnuczku mój”/

No i Licem Ogólnokształcące w Izbicy Kujawskiej. Tysiące absolwentów, dziś profesorów, generałów, biskupów, naukowców.  Dla mnie i moich kolegów, z którymi mimo skończonej siedemdziesiątki chodzimy dość często „na wódeczkę” to niewyczerpana kopalnia wspomnień. Jedno z nich ale niebagatelne to, kiedy w namiętnej zieleni i seksodajnym szeleście krzaków za salą gimnastyczną naszego liceum, jeszcze niesprawni w czułościach czarowaliśmy swoimi wdziękami płochliwe abiturientki. Piękne jest to, że na kolejnych zjazdach liceum po ponad pięćdziesięciu latach, ciągle w tych samych koleżankach widzę anioły.

W liceum najbardziej lubiłem język polski. Polonistka wspaniała, jednak  nie przepuściła nic. Jeden błąd i trzeba było powtarzać wypracowanie. Ale wiersze z liceum, na dwie godziny gadania, znam do dziś. Niedawno na pogrzeb naszej sędziwej Pani Profesor,  50 lat po maturze, pojechaliśmy z kolegami do Torunia. I była to wyprawa dla nas bardzo ważna. Słowo, z całym jego kapitałem, budzi zawsze we mnie wielki szacunek, przyjemność,  podziw, spełnienie, siłę i oczywiście nadzieję na rozwiązanie wszelkich problemów. Tę konstatację jestem winien właśnie wspaniałemu nauczycielowi jakim była moja polonistka Barbara Wysłouch. Muszę wspomnieć też tu Jej męża, dyrektora mojego liceum Henryka Wysłoucha. Wiele razy mnie,  nawet dość brutalnie, „przeczołgał”, ale chwała mu za to. Otrzymałem od niego lekcje pokory i stwierdzam, że był to wyjątkowy i wspaniały nauczyciel. Imponował nam.

Kiedy ukończyłem szesnaście lat, tzn po dziesiątej klasie, w wakacje 1961 i później zaraz po maturze /maj 1962 – grudzień 1963/ pracowałem jako asystent operatora filmowego w Wytwórni Filmowej „Czołówka”. Były to krótkie filmy fabularyzowane z udziałem wtedy debiutujących ale do dziś najbardziej znanych aktorów jak Jan Nowicki, Anna Seniuk, Ewa Demarczyk, Piotr Skrzynecki i wielu, wielu innych. Praca dzień i noc i to we wszystkich ciekawych miejscach Polski. Największa przygoda mego życia, która ma piękny i niekończący się ciąg dalszy. Dziś mam siedemdziesiąt dwa lata i mimo wspaniałych łask nieba w postaci wielkiej i udanej przygody z rozległymi i pełnymi treści podróżami zagranicznymi oraz wręcz tak udanej, że aż trudnej do zrozumienia  przygody z biznesem to jednak…..jednak sztuka, niesiona talentem artystów, jej treść, przesłanie  i satysfakcja jaką daje, jest wygraną w moim dążeniu do spełnienia.

Później planowałem studia na wydziale operatorskim Szkoły Filmowej z zachętą „moich” operatorów, sławnych niegdyś Witolda Leśniewicza i Sergiusza Sprudina , ale było wtedy czterdziestu kandydatów na jedno miejsce i zrezygnowałem. Rozpocząłem więc studia, sam nie wiem dlaczego, na SGGW na wydziale Melioracji Wodnych. Wcale mnie to nie interesowało ale miałem fajnych kolegów, prześmieszne wojsko i przenajświętszą młodość. Mieszkałem w akademikach a szczególnie „na Jelonkach”. Było cudownie. Jak patrzę na swoje z tamtej PRL-owskiej epoki swoje zdjęcia to nawet się nie dziwię, że szły na mnie nie tylko piękne ale co ważne bardzo kulturalne dziewczyny. A co?!  Ciągnęły mnie do teatrów, kin, kabaretów, filharmonii, klubów dyskusyjnych, gdzie, jak pamiętam zawsze siedzieliśmy  na schodach bo przychodziliśmy w ostatniej chwili i wchodziliśmy „za dychę” dla biletera. Ale nawet jeśli siedzieliśmy  na schodach i nie dało się ukryć, że na scenie szedł knot, to nie żałowałem.  Zawsze było warto.

Tańczyłem wtedy chyba we wszystkich studenckich zespołach tanecznych w Warszawie, nawet byłem kierownikiem zespołu tańca SGGW. W klubie „Stodoła” bylem solistą tanecznym w wielkim musicalu wystawianym na pomorzu „Kto to wie” z udziałem m.in. Magdy Umer, Elżbiety Jodłowskiej i szczególnie Andrzeja Rosiewicza,  mojego kolegę z uczelni oraz w warszawskim musicalu Stodoły „Och jak mi dobrze w pomarańczowym jest” z udziałem m.in. Elżbiety Jodłowskiej i Andrzeja Rosiewicza. Z Andrzejem Rosiewiczem zawzięcie trenowaliśmy w stepowanie pod okiem wiekowego już tancerza z Ameryki w klubie „Jajko” na SGPiS-ie ale później to Andrzej  Rosiewicz stał się gwiazdą a ja raczej zniczem, przynajmniej jeśli chodzi o stepa, chociaż czuję ciągle do tego typu tańca wielki sentyment i do dziś, jak chcę zabłysnąć to popisuję się kilkoma jego pas. Pracowałem w radiowęźle studenckim, ale też, a jakże,  byłem bardzo aktywnym  balowiczem wszystkich klubów.

No i jeszcze jedno – zawsze miałem pieniądze. Ciężko pracowałem w spółdzielniach studenckich. Wstawałem o trzeciej, jechałem zatłoczonym Chaussonem z Jelonek na Mokotów, czekałem na przydział szmat i zaiwaniałem wszystkie okna w firmach państwowych, bo innych nie było, a szczególnie w  ministerstwach, skutecznie zawyżając obmiar powierzchni mytych szyb i ram. Ten właśnie proceder, wielu powie  naganny, jednak traktowałem  jako moją prywatną walkę z nieprzychylnie postrzeganym przeze mnie systemem. Kasując więcej za umyte szyby od Państwa,  chciałem ten system  jakby wewnętrznie osłabić, powiem więcej – rozsadzić od środka. Dziś zaczynam mieć wątpliwości czy mogę zapisać to sobie na poczet mojego kombatanctwa. Gdybym ja wtedy wiedział o ile prostszy i wygodniejszy jest sposób ze styropianem,  ale nie wiedziałem wtedy, że coś takiego istnieje.. W tym okresie o ile sobie przypominam to prawie wcale nie spałem, a jeśli już, to zawsze budziłem się z niemałym kacem bo trzeba wszystkim wiedzieć, że wtedy studenci, a przynajmniej ci aktywni, wypijali przeciętnie po półtora „Jabola” dziennie. I przeżyliśmy. Do dziś mnie dręczy ten fenomen biologiczny.

Stan studencki przedłużyłem  sobie o dwa lata podróżami po Europie i Afryce Północnej i to autostopem. Byłem prekursorem tych podróży. Załatwiałem wyjazdy dziesiątkom studentów w akademiku, którzy do dziś mi są wdzięczni za załatwienie im wyjazdu, który prawie w każdym przypadku miał ogromny wpływ na ich kariery zawodowe, życiowe losy,  ale też znajomość języków i przywiązanie się do spotkanych po drodze kultur. Nikt z nas wtedy /a było nas kilkudziesięciu/  nie miał żadnych relacji z władzami czy tzw. służbami. Przynajmniej ja, jako działacz w tym zakresie nic o tym nie wiem. Drażni mnie więc powszechna opinia, że w tym czasie by wyjechać za granicę, trzeba było „współpracować’ z ówczesną władzą. Otóż ani ja /przysięgam/, który wtedy/1967-1974/ załatwiłem kilkadziesiąt tzw. zaproszeń  do Francji dla moich kolegów studentów, ani oni sami,  nie mieli żadnych ograniczeń w wyjazdach na zachód, poza obowiązkami wizowymi. Paszporty i wizy  otrzymywaliśmy po przedstawieniu tzw. „zaproszenia”, które było oczywiście fikcyjne, od jakiejś, ale rzeczywistej rodziny, która niby to, zobowiązywała się do pokrycia kosztu naszego pobytu we Francji. Z racji moich prywatnych relacji z Francuzami ja te zaproszenia załatwiałem. Tak naprawdę, jak większość spraw w tym naszym PRL-u to była fikcja, ale właśnie  fikcja była wtedy naszą  gwiazdą i niby dlaczego mielibyśmy w nią nie wierzyć jeśli nasi władcy wtedy fikcji właśnie czynili hołdy. Ja sam, byłem  ciągle wtedy to w Niemczech, to we Włoszech, to w Hiszpanii absolutnie legalnie, nawet wykorzystując państwowy przydział na 230 dolarów po kursie oficjalnym/!/ ale do realizacji /wtedy,  1968 rok w…Algierii!/. Takiej liberalnej kombinacji dotychczas nie wymyślił, do dziś, nawet reżim Kimów, a ja i moi koledzy i może jeszcze kilku cwaniaków-rodaków w absurdalnych oparach polskiego komunizmu wyjechaliśmy do Algierii by zamieniać wtedy dinary algierskie/niewymienialne/ na dolary/wymienialne/ na lotnisku w Algierze ale tyko w transakcjach z cudzoziemcami wylatującymi z Algieru zobowiązanymi do opłaty lotniskowej w walucie lokalnej. Co wtedy przeżywaliśmy w naszej podróży po Algierii to temat innego reportażu

We Francji …  bardzo dużo i bardzo ciężko pracowałem i załatwiałem tam tę ciężką ale jakże radosną wtedy pracę wielu polskim studentom. Najpierw pracowałem przy winobraniu przy granicy z Hiszpanią, nosiłem też przez całe noce półświnie w starych  halach paryskich, później w okolicach Tuluzy zrywałem jabłka i te prace powtarzały się w każde przedłużone wakacje aż wreszcie znalazłem swoje przeznaczenie i przez kilka sezonów zasuwałem jako „demenageur-przeprowadzacz”. Nosiłem pianina i kredensy, nie byle komu, bo przeprowadzaliśmy tylko dyrektorów Banque de France a więc …otarłem się też o wielkie finanse. O Jezu, jaka to była ciężka praca. Padałem na tak zwany pysk i na trotuar /faire le trottoire…??/ kiedy wieczorem wysiadałem z ciężarówki. Nauczyłem się  tam jednak szacunku do pracy, który mi się bardzo przydał w dorosłym życiu. Z tych wojaży to już w 1967 roku /o rany już  pół wieku temu – czy ludzie tak długo żyją?/ przywiozłem sobie „ piękny”  samochód Simca Monthlery  z białymi oponami i białą „skórą”. Przywiozłem ją bez prawa jazdy. Jeden raz byłem kontrolowany w RFN. Do wszystkiego się Niemiec przyczepiał ale nie żądał prawa jazdy. Najgroźniejszym recenzentem okazała się wtedy moja kochana mama, która rzekła wtedy „oj synu, skąd ty taki złom wytrzasnąłeś?”  Kosztowała ta Simca 120 dolarów,  ale grała wtedy w Warszawie za supergwiazdę. Każdy mój egzamin na uczelni profesor zaczynał  od tematu samochodu,  co nie uchroniło mnie od dwój i to na dwie kratki w indeksie.  Simca była moja,  ale należała też do całej superferajny moich kolegów. Mogłoby nas jechać czterdziestu na imprezę ale „jechaliśmy Simcą”,  i  mało tego, mimo tych alpag i jaboli,  też „wracaliśmy Simcą” . Ta Simca za 120 dolarów, bordowa, lśniąca,  z czarnym dachem, w latach sześćdziesiątych była dobrą znajomą braci studenckiej z wielu uczelni Warszawy. Kto wtedy miał samochód? Nic nie bujam. Telewizja zrobiła o nas duży reportaż, który do dzisiaj jest w Internecie. Simca grała w czterech filmach zarabiając wiele więcej niż kosztowała. Dziś czytam w wielu książkach o podobnej roli z tamtych lat motorówki Agnieszki Osieckiej.  Oczywiście „toutes proportions gardees”.

No i wreszcie trzeba było iść do pracy i sprawdzić się jako inżynier. Nie mogłem sobie tego wyobrazić szczególnie nie mogąc opuścić dziesiątek moich ugruntowanych pozycji w establishmencie studenckim czy to na bramkach klubów, gdzie często wystarczała graba, żeby wejść. Pal diabli te parę groszy za bilet ale jaki szpan. Ciężko było mi odejść od  zespołów tanecznych. Nie umiałem zrezygnować z wylewania potu do późnej nocy ćwicząc mazury, krakowiaki albo stepując. No i niby, cholera wie po co?. A jednak.

No i co zrobiłem ? Wstąpiłem na Uniwersytet Warszawski i ukończyłem dwuletnie podyplomowe STUDIUM AFRYKANISTYCZNE. Uczyłem się tu języka haussa, etnografii, geografii i innych fajnych przedmiotów i nareszcie studia były przyjemne no ale ile można studiować. Na SGGW brałem nawet stypendium fundowane ale wtedy system był tak poplątany, że nikt się o wykształconego i zapłaconego  inżyniera nie upomniał. Miałem jednak zamiar wykorzystać dyplom i zaplanowałem z kolegami afrykanistami pojechać do Gabonu i  budować przez dwa lata ogromny jaz. Już było wszystko dopięte i prawie w ostatniej chwili Gabon odmówił niektórym z nas wiz bo byliśmy….kawalerami. Wyszli ze skądinąd słusznego założenia, że bez baby nie damy rady przez dwa lata. Z perspektywy lat pozostał mi duży respekt dla Gabończyków za ich słuszne i perspektywiczne myślenie.

Pracując we Francji ostro trenowałem język francuski. No i przydało się. Zacząłem pracę najpierw w studenckim Almaturze potem w Juventurze pilotując grupy francuskich studentów. Zacząłem od dwutygodniowego tournée po Polsce  francuskiego chóru „ Choeur Universitaire de Paris”. Byłem nie tylko pilotem ale także konferansjerem koncertów, na których widzami z rozkazu komendantów koszar było zawsze wojsko. Nawet tak trudno przeze mnie anonsowane pieśni francuskie jak np. „En passant par la Loraine avec mes sabots” chłonęli, że tak powiem „całym ciałem”, kiedy łabędzi śpiew się wydobywał z gardeł pięćdziesięciu pięknych młodych chórzystek z Paryża i to gdzie, w Łomży lub Nakle w roku 1972.  Był czas wczesnego Gierka. Francja na fali. Po każdym koncercie przed  lokalnym Ośrodkiem Kultury była piękna feta integracji żołnierskiej braci z bratnim narodem francuskim. Zachwyty z braku znajomości języka wyrażane były nie językiem, wymiana adresów,  no i pachnące „Soir de Paris” ręce francuskich, pięknych studentek splatały się z wprawdzie młodymi ale nawykłymi do prania onuc i trzymania wyciorów dłońmi  polskich żołnierzy poborowych. Łzy w oczach pełnych zrozumienia dla przyjaźni polsko-francuskiej mimo odmienności ideologii. Padała wreszcie komenda „zbiórka!”, „do ciężarówek marsz!”. No i wojsko odjeżdżało. No i zostawałem z chórzystkami sam. Każdy  dobrze wie, że często samotność nie jest łatwa.

Później zacząłem już pracę zawodową jako pilot grup zagranicznych. Najpierw, przyznaję , że przez znajomości w BTZ PTTK, stałem się pilotem pierwszej grupy polskiej do Hiszpanii  a potem to już zacząłem jeździć do Libanu i Syrii. Napisałem wtedy wiersz - „I w Syrii się syr ji”. W 1973 roku zostałem pilotem grup zagranicznych ORBIS-u i temu biuru byłem wierny do roku 1990. Życzę każdemu takiej feerii zdarzeń jakich byłem uczestnikiem. Z całą powagą i odpowiedzialnością za słowo, dziś mówię, że dawałem przez te osiemnaście lat z siebie wszystko, żeby ORBIS mógł na mnie liczyć.  I liczył. Byłem kierownikiem wielkich 600-osobowych grup francuskich i belgijskich, kierowałem ponad czterdziestoma rejsami statkami pasażerskimi /300 - 800 osób/ po Morzu Śródziemnym, Bałtyku i Atlantyku, pilotowałem Francuzów  w Polsce i Polaków za granicą. Była to dla mnie praca marzenie, której się oddawałem bez reszty  i myślę, że z dużą korzyścią dla moich podopiecznych. Francuz z mojej grupy znał i lubił Polskę a Polak przyjeżdżał z Grecji z dużą miłością do greckiej kultury i mitologii. Brzmi to jak megalomaństwo ale turystyka stała się dla mnie spełnieniem. Odkryłem w niej wyjątkową okazję dla swojej życiowej roli. Mogłem tu zrealizować dziesiątki marzeń jakie tkwią w każdym inteligencie, ambitnym , pragnącym się realizować i być potrzebnym. Turystyka wypoczynkowa wtedy prawie nie istniała. Turystykę tamtych PRL-owskich czasów można w pewnym sensie nazwać handlową chociaż w turystyce zorganizowanej wówczas pod znakiem Orbisu nurt handlowy z poznawczym mocno rywalizowały ze sobą. Rodak za dużo zapłacił Orbisowi by tylko oddać się handlowi i był, w chwilach wolnych, zachłanny na to co w teorii zapłacił. A wtedy już czaiłem się ja,  z moim warsztatem. Łapałem go w sieci i buch mu o Dionizosie, Tezeuszu, co otrzymał od Ariadny nić, dzięki której wydobył się  się z labiryntu Minosa, o Bizancjum i Konstantynopolu, o Fidiaszu, tympanonie  i tryglifach. Boże, jak ja to lubiłem.  A on, turysta co opłacił, załapywał i korzystał, jak cholera, z tych należnych mu wiadomości ku mojej satysfakcji i zdziwieniu. To ja, go,  turystę, jeszcze mocniej. Bach mu o misteriach eleuzyńskich, o Eurydyce i Orfeuszu. A on, turysta, panie Andrzeju ale wczoraj to pan mówił, ze Orfeusz był argonautą, No to ja to, i tamto.  Grzałem mikrofon. A on, turysta, zaczynał mnie słuchać i uciszał niektórych. A później, oni też,  nie tylko słuchali,  ale zaczęliśmy, wolne od handlu chwile, wypełniać rozmowami, które były… piękne. Ta moja praca miała sens. Pilotując Francuzów po Polsce w pierwszych dniach ich pobytu mówiliśmy tylko o francuskiej kuchni, francuskich obyczajach  a w ostatnich dniach …. wyłącznie o polskiej historii, kulturze, polityce i  problemach polskich. Tych problemów w Polsce w latach komunizmu mieliśmy w nadmiarze ale też miałem w zanadrzu dla moich Francuzów wiele naszych literackich, muzycznych a i historycznych dum, które powodowały wielokrotnie i niezbicie wielką sympatię dla słowa Polska, tak ważną, choć trudno ją zmierzyć. 

Tęsknię do tamtych chwil. Przytoczę tu fragment mojego wiersza o pilotach Orbisu z lat osiemdziesiątych:

Bo gdy turystów brak
i brak sezonu
nie masz roboty - siedzisz w domu
to składasz rękę w garść, o tak
i gadasz, jak do mikrofonu.
Proszę Państwa,
wiecie że,...
Fidiasz  to  geniusz!
a Picasso... zostawił światu sztuki kawał!
Mesdames, Messieurs
tutaj, niedawno temu
nie było nic... a jest... Warszawa!

Teatr grecki, fryz, tympanon
Allach, Mahomet, Chrystus, Mojżesz
lub znów egipski w sztuce kanon
kapitel joński - proszę spojrzeć
warto spojrzeć!
warto poznać!
et voila...
bez tego żyć nie można…
któż to zrozumie trubadurzy?
myślę, że oprócz was  -  niektórzy.
 

Och,  minęło, niestety . To wszystko opisałem prozą i wierszem w tomiku „PRL kabaretowo”, oraz częściowo „Graj tango” które jeszcze dostępne są w księgarniach.

Jako wielką wygraną losu poczytuję sobie fakt, że mogłem w tym nieciekawym czasie komunizmu  oddawać się tak fascynującej pracy. I pomyśleć, że opłaciło się nauczyć francuskiego

no i mieć trochę szczęścia. Ten okres był wielką przygodą w moim życiu ale zaraz się okaże, że nie ostatnią.

Przychodzi rok 1990 a z nim zmiany. Także w człowieku. Czuję, że mimo uwielbianej przeze mnie pracy chyba się wyeksploatowałem. Mam czterdzieści pięć lat. Muszę zrobić coś znaczącego.

Jak w przysłowiu z tym synem i domem. Okoliczności sprzyjają. Otwieram prywatne biuro podróży. Zamysł by organizować podróże muzyczne. Ściągać melomanów do Polski. Dlatego -  „Mazurkas”. Moje doświadczenia wskazywały, że Polska cudzoziemcom kojarzy się z wódką i z Chopinem. A Chopin z Mazurkami. I miałem rację. Ciągle od cudzoziemców słyszę, że nazwa trafna. Gorzej z Polakami, dla których nazwa jest dziwna. Przez dwadzieścia siedem lat stała się jednak sztandarem.

Dziś trudno sobie wyobrazić początki naszego biura. Nie wiedzieliśmy co to faks i komputer. Owszem był telefon ale co powiedzieć takiemu Francuzowi, który odezwał się z tamtej strony po moim trzygodzinnym wykręcaniu kierunkowego? Allo! Monsieur,  przyjeżdżaj Pan szybko do Polski bo ja mam biuro Mazurkas i decyduj się pan szybko bo zaraz połączenie będzie przerwane  a ja nie mam zdrowia tak siedzieć i godzinami wykręcać kierunkowy 0-33. Nasz kapitał to było wtedy trzech  wierzących w powodzenie wspólników. Znaliśmy w trójkę francuski, niemiecki i angielski i uzbieraliśmy razem około trzydzieści tysięcy dolarów z czego dwadzieścia tysięcy wydaliśmy na nasz pierwszy autokar i to taki rzęch, że wymagał następnych dziesięciu tysięcy dolarów, żeby zapalił, nie mówiąc nawet, że zaczęliśmy od wymiany tzw. szpilek, na których teoretycznie powinny się trzymać koła.

Teoretycznie. Nasz rumak nazywał się Volvo. Kupiłem go telefonicznie w Belgii przez znajomego. Zapłaciłem. Jak przyjechałem po odbiór,  garażysta widząc moją bladą twarz powiedział „Monsieur, niech się pan nie przejmuje, przecież ten złom idzie do Polski a tam łykną największe barachło”. Nigdy już później nie usłyszałem większego komplementu dla mojego francuskiego. Okrążyłem ten wrak kilka razy i…nie mogłem znaleźć silnika. Wtedy, nic nie mówiąc, poszedłem do automatu i wypiłem trzy mocne kawy. Cholera , mieli już wtedy automaty do kawy nawet w garażach rzęchów. Po kawach,  przyjechało belgijskie pogotowie i obudziłem się już w mieszkaniu znajomego, który podał mi kilka informacji w następującej kolejności: pogotowie bierze na siebie, miałem ciśnienie 230/170 , no a jeśli chodzi o silnik to takie historyczne egzemplarze Volvo mają go… pod podłogą i można do niego zajrzeć odkręcając właz w środku autokaru. Sprowadzenie naszego Volvo do Polski to było „Indiana Jones” a moja zimna krew była nawet o ciut zimniejsza niż krew Harrisona Forda. Przestałem wtedy wierzyć w historyczną, niemiecką jakość kiedy zbierane w pobliżu autostrady w Niemczech, niemieckie cegły,  kruszyły się pod naporem ustawicznie otwierających się drzwi autokaru.  Żaden scenarzysta komedii czy filmów grozy nie wymyśliłby tak spektakularnego kichania silnika. Jak ten czort pod podłogą potrafił szarpać wielkim autokarem. Mścił się za niedostrzeganie go przez długi czas oczekiwania na naiwnego klienta rupieci. Co kich silnika, to klapy od bagażników klap i  klap.. i otwierające się drzwi miażdżą ….niemieckie cegły. Szwedzka, … w końcu, stal i szwedzkie spawy - bo Volvo,  trzeszczą złowieszczo. Pootwierały się i to z hukiem  klapy wywietrzników w suficie, zwane z niemiecka a więc solidnie szyberdachami. I tu zacząłem Bogu dziękować, bo szczęście w nieszczęściu,… przynajmniej nie ma klapy do silnika.

Po doprowadzeniu naszego Volvo do względnej przytomności byliśmy znowu bez grosza. Cudzoziemcy w Polsce jeszcze się nam nie pojawili, ale zaczęliśmy od organizowania podróży do… Teatru Wielkiego w Łodzi na  balet „Grek Zorba”. Były wielkie śniegi ale autokar wytrzymał. A ja, dobrze zapamiętałem tamtą śnieżną zimę 1990. Tamto doświadczenie  było mi sztandarem dla słuszności poczynań  na rzecz każdego przejawu kultury, że „ l,effort vaincra”  czyli wysiłek zwycięży i warto pchać się w ten kulturalny interes-widmo. Nie brakło nam wtedy chętnych, żeby w te śniegi, wieczorem, pchać się z Warszawy po niepewnych drogach i niepewnym /bo pewnych nie było/ autokarem do Łodzi na …balet „Grek Zorba”.

Ten niezwykły balet, Mikisa Theodorakisa  w idei spektaklu, choreografii, reżyserii i gwiazdorskim wykonaniu roli głównej LORCA MASSINE  w Teatrze Wielkim w Łodzi później był grany w Warszawie,  i nie tylko. Stał się, słusznie, niezwykle popularny,  ale wtedy, w 1990 roku  był po raz pierwszy wystawiony w Polsce przez Dyrektora Teatru Wielkiego w Łodzi Sławomira Pietrasa.

Zaczęła się wielka przygoda mojego nowego życia , która nazywa się MAZURKAS. Było nas przez krótki okres trzech,  ale wkrótce zostaliśmy jako wspólnicy tylko  Andrzej Hulewicz i ja,  Andrzej Bartkowski. Wspólnikami  w Mazurkas jesteśmy od dwudziestu siedmiu  lat, ale przyjaciółmi od lat czterdziestu i zanosi się na dłużej.

Całą bardzo barwną i ciekawą  historię Mazurkasa przygotowuję w mozolnie dość pisanej przeze mnie książce oraz w filmie, nad którym pracujemy z naszym wiernym od pięciu lat kronikarzem i twórcą filmowym Janem Sumikowskim. Już w tej chwili tylko na Youtube  znajduje się około tysiąca  materiałów filmowych autorstwa Jana Sumikowskiego, prezentujących dokonania Mazurkas na rzecz promocji kultury i sztuki znane pod hasłami  „Forum Humanum Mazurkas”,  „Sympozjon w Mazurkasie”,  czy „Variete literackie Mazurkas”.

Dziś moja duma i miłość  to trzy firmy zatrudniające na etatach ponad dwustu pracowników. Jedna z nich to Mazurkas Travel.  Co robimy?  Konferencje, eventy, kongresy, „ incentives”  dla cudzoziemców w Polsce, wyjazdy zagraniczne dla firm polskich i wszelkie usługi z zakresu MICE /Meetings, Incentives, Conferences and Events/. Druga firma to  MCC Mazurkas Conference Centre & Hotel / w Ożarowie Mazowieckim  12 km od PKiN /  tzn. centrum konferencyjne i czterogwiazdkowy hotel, a także Catering Mazurkas – uznana firma cateringowa obsługująca najbardziej prestiżowe imprezy w kraju./ np.Szczyt NATO/. No i trzecia firma spod  znaku Mazurkas tzn.  Mazurkas Transport mająca już jak Mazurkas Travel   27 lat. Firma dysponuje autokarami, luksusowymi minibusami oraz limuzynami. Realizujemy duże projekty transportowe. Nasz transport od 1990 roku obsłużył wszystkie

wizyty prezydentów USA w Polsce, szczyt NATO i inne imprezy wymagające dużego doświadczenia w tej dziedzinie.

Do Mazurkas Transport dołączył do nas kilka lat temu Rafał Baranowski i został prezesem tej spółki.

Chcę tu, jako współwłaściciel i prezes,  wyrazić mój największy szacunek dla pracowników tych trzech naszych spółek . Oddanych, kompetentnych, inteligentnych, ambitnych i twórczych. Dziękuję im wszystkim i na wszystkich stanowiskach za ich kompetencje i  wierność /wielu z nich pracuje u nas od  15, 20 i 25 lat/.Większość z nich to prawie nasze dzieci a ich dzieci to prawie nasze wnuki, które na naszych imprezach np. gwiazdkowych pragnę z największą czułością przytulić wyobrażając sobie, że to moje prawdziwe wnuki. Dwadzieścia siedem lat wspólnej firmy to ..radość”, „spełnienie” i „odpowiedzialność”. Kochani, dopóki mogę – czuwam,  i wszystkich Was przytulam do serca.

Nadarza się też w tej notce „O sobie” okazja na „wynurzenia”. Miałbym tu dużo tematów ale chcę na plan pierwszy wystawić przyjaźń, która istnieje wbrew wielu opiniom na ten temat. Moja przyjaźń  z Andrzejem Hulewiczem trwa od ponad czterdziestu lat. Gdyby jej nie było nie pisałbym teraz o niej. Wierzę w nią. Wiele  razy pokłóciliśmy się, ale te kłótnie, zawsze o sprawy merytoryczne, chyba były konieczne. Pisaliśmy potem nawzajem na siebie… peany i wygłaszaliśmy je na scenie.  Jest takiego coś, miedzy nami, co nie daje być w pełni z siebie zadowolonym ale daj Boże każdemu taki stan, uwzględniając nawet takie pałacowe kryteria jakie ja w swojej perwersji oczekiwaniowej oczekuję.

Kochany Andrzeju Hulewiczu, wykorzystuję to okno medialne, żeby publicznie podziękować Ci za nasze piękne czterdziestolecie  i przeprosić za wszelki Twój dyskomfort, który był wynikiem Mojego względem Ciebie zachowania. Zawsze miałem na względzie interes firmy, ale wiem też, że nie zawsze moje argumenty mogły być  na tyle słuszne, by Cię przekonać. Przez te czterdzieści lat byłeś dla mnie bratem i pozostajesz nim.  Z perspektywy czasu, myślę często, że bez tych nieporozumień  przyjaźń nasza i zawodowe partnerstwo nie byłyby pełne.  Wierzę, że są przestrzenie naszych pożytecznych działań, które jeszcze potrafimy wypełnić wykorzystując naszą inteligencję, ambicję , entuzjazm i środki.

Wracając do tematu „o sobie” to  mimo moich siedemdziesięciu dwóch lat,  jestem czynnym prezesem firmy i na razie nie myślę o emeryturze. Od pięciu lat wykorzystując infrastrukturę MCC staliśmy się wraz z Andrzejem Hulewiczem mecenasami sztuki organizując na dużą skalę wydarzenia kulturalne w formule „pro publico bono”. W październiku 2016 roku  sfinansowaliśmy rzeźbę-pomnik w sercu Warszawy, przy Teatrze Wielkim Operze Narodowej  „W hołdzie polskim artystom baletu”. Jesteśmy z tego faktu dumni. Ta działalność, niezwykle barwna jak i inne nasze szalone aktywności  z 27-letniej obecności na turystycznym i hotelarskim rynku dostępne są pod adresami:

www.forumhumanummazurkas.com.pl
www.andrzej-bartkowski.pl
www.mazurkas.com.pl
www.catering.mazurkas.pl
www.mazurkashotel.pl
www.transport.mazurkas.com.pl
Andrzej Bartkowski - Wikipedia, wolna encyklopedia

Zachęcam do zapoznania się  z materiałem tekstowym, audio jak i filmowym na naszych stronach internetowych, profilach i kanałach.
Także  na  TVP3 /np „Gala muzyki romskiej”/ lub TVP Kultura /np. „Sztuka nie obroni się sama”/

 

 

 

code